Blog Rafała Glapiaka

Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz Mu o twoich planach na przyszłość.

Filmowe podsumowanie roku 2011

z 2 uwagami

Dokładnie rok temu postanowiłem przygotować ściśle matematyczne podsumowanie obejrzanych filmów. Tym razem będzie podobnie, choć od razu zaznaczam, że nie potrafię znaleźć jednego konkretnego powodu, dla którego tak zaniedbałem X Muzę. Liczba 512 filmów obejrzanych w 2010 roku okazała się nieosiągalna, nawet w małym stopniu. Dziwię się temu wynikowi, zwłaszcza że uczestniczyłem w American Film Festival, podczas którego – w ciągu pięciu dni – zaliczyłem 25 pozycji. Być może przyczyną tego stanu rzeczy jest miesiąc spędzony na pracy w leszczyńskim CKiS, gdzie byłem kinooperatorem i podczas mojej zmiany wyświetlałem głównie te same filmy – Auta 2 i ostanią część przygód Pottera widziałem chyba z dwadzieścia razy (wiele innych filmów obejrzałem któryś już raz, m.in. obie części najnowszego Batmana i Rewers).

W 2011 roku, który – podobnie jak poprzedni – miał 365 dni, obejrzałem zaledwie 390 filmów, co daje średnio 1,07 filmu dziennie. Spadek jest zatem widoczny – 24% filmów mniej. W wakacje (od 20 czerwca do 30 września – 102 dni) udało mi się zobaczyć 113 filmów, czyli 21% mniej niż w zeszłym roku. Istotną zmianą jest to, że w kinie byłem 71 razy, wliczając filmy obejrzane podczas Forum Kina Europejskiego w Łodzi i AFF we Wrocławiu, czyli prawie cztery razy więcej niż w zeszłym roku. Średnia ocena obejrzanych tytułów wyniosła 5,38, co oznacza, że w tym roku udało mi się nieco lepiej selekcjonować filmy. Być może w 2013 roku uda mi się osiągnąć średnią w okolicach szóstki.

Ponownie istotny okazały się zajęcia z historii kina powszechnego, a raczej egzamin, który obejmował 120 filmów. Obejrzałem wszystkie, na bardzo różnym poziomie. Do najciekawszych zdecydowanie zaliczam Dwunastu gniewnych ludzi (1957), Ostatni seans filmowy (1971), Komediantów (1945), Rondo (1950), Nagą wyspę (1960), Rocco i jego bracia (1960), Złodziei rowerów (1948), Personę (1966), Deszczową piosenkę (1952), Miłość blondynki (1965) i Balladę o żołnierzu (1959). W zupełności nie polecam natomiast (wybór ściśle subiektywny!): Salo, czyli 120 dni Sodomy (1975), Niezwykłe przygody Mister Westa w kraju bolszewików (1924), Późna wiosna (1949), Świat się śmieje (1934), Ziemia (1930) i Iwan Groźny (1944). Większość słabych moim zdaniem filmów została zrealizowana w Związku Radzieckim.

Oczywiście obejrzałem sporo innych filmów, które uważam za bardzo dobre lub wręcz rewelacyjne, ale nie będę ich tu teraz wymieniał. Za najlepszy film 2011 roku uważam natomiast Melancholię Larsa von Triera, która niesłusznie przegrała w Cannes z Drzewem życia. Po nieudanym Antychryście Trier zapewnił mi katartyczne doznanie o właściwościach terapii, która w owym czasie była mi niezwykle potrzebna. Nie zawiódł mnie Woody Allen i jego O północy w Paryżu. Nie wiedziałem właściwie nic o tym filmie, przez co trzykrotny seans w kinie był dla mnie cudownie przyjemny. Wielką niespodzianką okazała się komedia Kocha, lubi, szanuje, na którą wybierał się sceptycznie nastawiony. Film był jednak zaskakująco inteligentny i zabawny. Podobnie jak zdobywca Grand Prix Publiczności - Gdziekolwiek dzisiaj, pozycja, którą polecam, gdy tylko pojawi się w polskiej dystrybucji.

Niestety aż 18 produkcji z tego roku (w sumie obejrzałem ich 81) to zwyczajne nieporozumienia, ciacha, gnioty na najniższym poziomie. Cytując klasyka: kretyńskie, koszmarne bzdety. Nie wiem, jak wybrać ten jeden film, który zasługuje na miano najgorszego. Z polskich na pewno: 1920 Bitwa Warszawska, W sypialni i Och, Karol 2. Ze świata? Conan Barbarzyńca 3D, Trzej muszkieterowie 3D, Sucker Punch (a liczyłem na coś wielkiego), Zmierzch: Zaćmienie, Dom snów, Kac Vegas w Bangkoku, Anatomia strachu i Zła kobieta.

Filmy w high definition to nadal podstawa. Trudno uwierzyć, jak pięknie mogą wyglądać niektóre rzeczy, które do tej pory wychodziły na DVD, a teraz coraz szybciej zastępuje je Blu-ray. Mówiłem, że więcej w 3D oglądać nie będę, ale wszystkie seanse miałem za darmo, więc głupio byłoby nie skorzystać. Oczywiście żałuję tych 11 projekcji, a wśród nich m.in.: Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach, Auta 2, Harry Potter i Insygnia Śmierci: Część II (bardzo dobry film!) i Transformers 3.

390 obejrzanych filmów trwało 36388 minut, czyli trochę ponad 606 godzin. Przed ekranem spędziłem zatem 25,27 dnia bez przerwy. Tylko jeden dzień mniej, co oznacza, że albo obejrzałem więcej dłuższych filmów, albo zdecydowanie mniej filmów krótkometrażowych – średni czas trwania wyniósł nieco ponad 93 minuty.

Jednocześnie nadal oglądałem Dr. House’a (sezon siódmy, ósmy w trakcie) i Jak poznałem waszą matkę (sezon szósty, siódmy w trakcie). Dodatkowo natomiast: jeden sezon bardzo słabej Gry o tron, jeden sezon dobrej polskiej produkcji, Bez tajemnic, oraz dwa sezony arcydzielnego Zakazanego imperium. Nie będę liczył, ile czasu mi to zajęło.

Mam nadzieję, że przyszły rok będzie obfitował w większą ilość filmów, czego sobie i wszystkim życzę, szczególnie studentom filmoznawstwa, którzy marudzą, że oglądanie ich nudzi. Zwłaszcza, gdyby miało się okazać, że to rzeczywiście koniec świata. Nic mnie bardziej nie przeraża, jak to, że nigdy nie uda mi się obejrzeć tylu wielkich arcydzieł. Wszystkiego dobrego!

PS Agnieszko, dziękuję za 47 filmów obejrzanych wspólnie. Krzysztofie, w tym roku przybyło kilka gramów mięśni.

Written by Rafał Glapiak

31/12/2011 at 22:02

Napisane w film, tekst, varia

Tagi: ,

Wszystkie stany kina we Wrocławiu

z 4 uwagami

Sporo czasu minęło od poprzedniego wpisu. Sporo także się wydarzyło w tym okresie. Wybory parlamentarne wygrała, na całe szczęście, Platforma Obywatelska (wszystkim dziękuję za głosy), a na czele rządu ponownie stanął Donald Tusk. Wyczyn niesłychany, zarówno w postsocjalistycznej Polsce, jak i w ogarniętym kryzysem świecie. Jednocześnie po raz pierwszy na stanowisku Marszałka Sejmu zasiadła kobieta – Ewa Kopacz, minister zdrowia w pierwszym rządzie Tuska. Zręczne – jak je określił Jarosław Kaczyński – exposé premiera, które skupiało się przede wszystkim na kwestiach finansowych, każe się przygotować na ciężkie czasu, co w dobie obecnej sytuacji ekonomicznej nie powinno nikogo dziwić.

Szczerze przyznaję, że sporo trudności sprawia mi zrozumienie tego, co się zdarzyło 11 listopada w Warszawie. Poza tym, oczywiście, że się bili. Polacy, kolejny raz zresztą, dali o sobie znać. Sytuacja była równie niezrozumiała dla moich sąsiadów z Erasmusa, przede wszystkim dla Hiszpana, który wychodził z założenia, że Dzień Niepodległości w cywilizowanym kraju jest powodem do radości. Nie tylko on tak myślał.

Na Ukrainie za nadużycia (?) na siedem lat więzienia została skazana była premier, Julia Tymoszenko. W 900 miastach na całym świecie odbył się tzw. Marsz oburzonych, którzy często sami nie wiedzieli, o co im tak naprawdę chodzi. Powstańcom libijskim udało się dopaść i zabić Muammara Kaddafiego, co zakończyło wojnę domową. Natomiast jeden z przyjaciół byłego dyktatora Libii, Silvio Berlusconi, zrezygnował ze stanowiska premiera Włoch.

W listopadzie brałem udział w dwóch wydarzeniach filmowych. XVI Forum Kina Europejskiego CINERGIA w Łodzi odbyło się pod znakiem retrospektyw Istvána Szabó i Marco Ferreriego oraz przeglądów kilku przypadkowych kinematografii europejskich ostatnich lat. Spośród nowych filmów polskich na uwagę zasługuje Lęk wysokości Bartosza Konopki, reżysera Królika po berlińsku. Mniej ciekawie wypada Daas Adriana Panka, wokół którego było sporo szumu, co ostatecznie przełożyło się na zdobycie przez niego Nagrody im. Andrzeja Munka, reaktywowanej po siedmiu latach. Zdecydowanie odradzam natomiast film W sypialni (reż. Tomasz Wasilewski), który przysporzył mi bez mała cierpienia, choć znalazłem recenzję, która właściwie broni tej szmiry (ew. ciacha).

Niezwykła okazała się druga edycja American Film Festival we Wrocławiu, przez co jeszcze bardziej żałowałem, że nie mogłem być na pierwszej, zeszłorocznej. Kino Helios dało możliwość zgromadzenia się niezliczonej rzeszy hipsterów, którzy pokątnie zastanawiali się, kim jest niejaki Billy Wilder (po co puszczają tu tyle starych filmów nieznanego kolesia?), dociekali, dlaczego ludzie śmieją się na filmie Raz, dwa, trzy (1961) w reżyserii tegoż (o co chodziło w tym żarcie z Karolem i Groucho Marxem?), a także wychodzili oburzeni z pokazu Śpiewaka jazzbandu (1927) Alana Croslanda (co to ma być? tu prawie nic nie mówią!). Poza nimi jednak udało mi się spotkać, a nawet porozmawiać z kilkoma osobnikami zafascynowani filmem, który sztuką zdecydowanie jest.

Ważna informacja dla niewtajemniczonych: kino amerykańskie to nie tylko to, co w Hollywood produkuje Jerry Bruckheimer. W Stanach Zjednoczonych istnieje silne zaplecze młodych twórców, którzy starają się za niewielkie pieniądze zrealizować swoje autorskie wizje, dlatego też wiele spośród dwudziestu pięciu obejrzanych przeze mnie filmów to większe lub mniejsze perełki. Już pierwszego dnia udało mi się obejrzeć Gdziekolwiek dzisiaj (reż. Michael Di Jiacomo), film, który automatycznie stał się moim faworytem do wygrania konkursu. Tak też się stało, otrzymał nagrodę publiczności. Jest to niesłychanie dobrze pomyślany komediodramat, rozpisany na dwoje dojrzałych już bohaterów, którzy zostawiają swoje ogłoszenia na sekslinii. Polecam serdecznie, gdy tylko znajdzie się w polskiej dystrybucji, co dzięki Gutkowi jest wielce prawdopodobne.

Na drugim miejscu postawiłem ex aequo dwa filmy: Indycze rozgrywki (reż. Kyle Smith) i Do rana (reż. Conrad Jackson). Obraz Smitha to trwający zaledwie godzinę portret dziesięciu osób, które wspólnie, raz do roku, spotykają się, by rozegrać mecz futbolu amerykańskiego. Można odnieść wrażenie, że całość jest improwizowana, a między rzeczywistych przyjaciół wszedł facet z kamerą, by rejestrować ich zachowania i reakcje. Drugi film to nieco lukrowana opowieść o chłopaku, który ma raka, a następnego dnia czeka go operacja, dlatego poprzedzający ją wieczór chce spędzić w zupełnie inny sposób niż do tej pory. Jest hipstersko, jest uroczo, co właściwie w niczym nie przeszkadza, bo wszystko jest świetnie zrealizowane, a aktorzy doskonale poprowadzeni.

Z konkursowej sekcji Spectrum na uwagę załugują także filmy Choćby nie wiem co (reż. Cherie Saulter) oraz Magiczna dolina (reż. Jaffe Zinn). Sporo irytacji wzbudziły we mnie natomiast Talerz i łyżka (reż. Alison Bagnall) oraz Jess + Moss (reż. Clay Jeter), choć zdecydowanie najsłabiej wypadł film Zalesieni (reż. Matthew Lessner), który – jak mówi opis – opowiada historię grupy hipsterów, którzy, oburzeni, postanawiają założyć komunę w lesie i żyć w zgodzie z naturą. Problem w tym, że pod drzewami rozkładają swoje iPody, jedzą globalne żarcie, nie potrafią obyć się bez telewizji, prądu i Facebooka, na którym oczywiście zakładają grupę, kim to oni są. Jakie bzdury! Kilka ładnych obrazków i folkowych piosenek, nic poza tym.

Bardzo dobrze wypadła sekcja Highlights, która skupiała wokół siebie filmy wielkich gwiazd lub z wielkimi gwiazdami. Polecam szczególnie: Blue Valentine (reż. Derek Cianfrance) z rewelacyjnymi Michelle Williams i Ryanem Goslingiem, Czerwony stan (reż. Kevin Smith), czyli mocne uderzenie w stronę instytucji rządowych i kościelnym, Przyszłość (reż. Miranda July) o ucieczce przed odpowiedzialnością, a także Restless (reż. Gus Van Sant), czyli pierwszy film tego reżysera, który rzeczywiście mi się podobał, bo to najzwyczajniej zupełnie inny Van Sant.

Z pięknego Wrocławia wyjechałem zadowolony, choć po całym tygodniu musiałem rozstać się z ukochaną Agnieszką (jest wątek osobisty!). Wiele różnic rzuciło mi się w oczy między Wrocławiem a Łodzią, choćby to, że po stolicy Dolnego Śląska mogłem o północy wracać przez całe miasto pieszo i nikt mnie nie zaczepił. A przecież było już ciemno! Wolę nie myśleć, jaki los spotkałby mnie w Łodzi. Zresztą, wystarczy spojrzeć na przygotowanie obu festiwali (kwestia klikania napisów), by ostatecznie zrozumieć, dlaczego to Wrocław został Europejską Stolicą Kultury, a Łódź nawet nie dostała się do głównej sekcji pięciu miast.

Mój głos się liczy

z 3 uwagami

Za dwa tygodnie, 9 października, wybory parlamentarne. Socjologowie przewidują, że frekwencja wyniesie około 45%, czyli prawie 9 punktów procentowych mniej niż w 2007 roku, gdy zwyciężyła Platforma Obywatelska. Miejmy nadzieję, że eksperci się mylą, ponieważ im mniej osób zagłosuje, tym bardziej prawdopodobna wizja czterech lat z ekipą Jarosława Kaczyńskiego.

Bardzo lubię kapmanię, jaką zaserwował nam Adam Hofman, rzecznik prasowy Prawa i Sprawiedliwości. Przede wszystkim bodaj pierwszy plakat, słynną już dziś lodówkę lub – a osobiście spotkałem się właśnie z taką wersją – tablicę korkową. Do wspomnianej lodówki przypięte zostało zdjęcie Marii i Lecha Kaczyńskich. Zmarła tragicznie para prezydencka w samym sercu plakatu. Tak, tak, pamiętamy. I o nich, i o katastrofie smoleńskiej. Bo jak moglibyśmy zapomnieć, skoro PiS od 10 kwietnia 2010 roku szerzy propagandowe hasła, które uderzają w obecny rząd Donalda Tuska. Co więcej, o Smoleńsku na pewno nie zapomnimy, niezależnie od tego, kto wygra wybory.

Wokół zdjęcia Kaczyńskich kilka karteczek, takich przypominajek, które często rzeczywiście zawieszamy na lodówkach i tablicach korkowych. Wszystkie karteczki streszczają wizję Prawa i Sprawiedliwości na kolejne cztery lata ich rządów. Hasła są przednie, niezwykle ciekawe i inspirujące: Uczciwy i skuteczny rząd zamiast korupcji władzy albo Państwo przyjazne rodzinom zamiast eksperymentów obyczajowych. Szpitale bez kolejek i dla wszystkich zamiast płatnej służby zdrowia albo Praca w kraju zmiast emigracji za chlebem. PiS najwyraźniej zapomniał, że kilka lat temu tworzył sławetną koalicję z Ligą Polskich Rodzin i Samoobroną. Ja nie zapomniałem, nie zapomniał także Wojciech Maziarski, redaktor naczelny Newsweeka. Grzechów głównych IV RP, która została wówczas wykreowana, jest sporo. Maziarski wymienił najważniejsze: łamanie standardów państwa prawa, czystki polityczne, próba wyeliminowania całych grup społecznych z życia publicznego (homoseksualiści to przecież dla Kaczyńskiego kolejna plaga egipska), narzucanie własnego zdania i nieumiejętność podjęcia rozsądnej debaty (także dzisiaj). Polacy zostali zmuszeni do życia we wszechobecnym strachu, niemal jak za czasów Józefa Stalina. Mundurki w szkołach i antykonstytucyjna lustracja w mediach. Śmierć Barbary Blidy. Aresztownia i rewizje.

Wracając do karteczek z programem Prawa i Sprawiedliwości. Znamienny jest w tym przypadku fakt, że kilka osób z mojej rodziny wyjechało do pracy za granicę, głównie do Wielkiej Brytanii. Kaczyński najwyraźniej nie pamięta tego, że emigracja zaczęła się właśnie za czasów wielkiej trójcy (PiS-LPR-Samoobrona). Po co pamiętać, skoro winą można obarczyć Platformę Obywatelską, a poza tym wciąż trzeba przywoływać myśl o katastrofie smoleńskiej.

Jest też moje ulubione hasło: Jeden podręcznik zamiast kredytów na książki. Domyślam się, że ma ono wymiar czysto metaforyczny, jednak nie potrafię oprzeć się pokusie wyobrażenia sobie takiego podręcznika, którego autorami byliby z pewnością Zbigniew Ziobro, Antoni Macierewicz i sam Prezes Kaczyński. Książka przypominająca rozmiarami Encyklopedię PWN, żeby dzieci plecy bolały. A w środku propagandowe treści. Nie tylko w dziedzinie nauk humanistycznych. Prawdopodobnie obalona zostałaby w nim teoria Darwina. Całość oparta na martyrologicznej historii naszego kraju. A wszystkiemu winna oczywiście Rosja. Strach się bać! Co więcej, mój kolega straciłby pracę w używanych podręcznikach!

Mój głos się liczy, dlatego na Prawo i Sprawiedliwość nie głosuję. Bo boję się państwa Bezprawia i Niesprawiedliwości. Drogi Czytelniku, Twój głos też jest ważny, dlatego idź na wybory i nie pozwól Kaczyńskiemu zostać premierem.

POzdrawiam wszystkich, którzy niecierpliwie czekali na nowy wpis.

Written by Rafał Glapiak

26/09/2011 at 11:38

Weltschmerz 2011

Głowa mi pęka. Ale nie tak, jak skorupka jajka, gdy wykluwa się z niego pisklę. Bardziej przypomina mi to pękanie płyt tektonicznych. Boli, choć w moim przypadku oceanu z tego nie będzie.

1 września. Siedemdziesiąt dwa lata temu wybuchła II wojna światowa. Dzisiaj dzieciaki kolejny raz rozpoczynają rok szkolny. A ja robię sobie przerwę. Od pisania bloga. Na czas nieokreślony. Oznacza to tyle, że równie dobrze jutro mogę dodać kolejny wpis. Albo jednak za tydzień, za dwa, za miesiąc, za rok. Albo po prostu wcale. Zakładam, że ktoś to wszystko czyta, więc wcale nie chodzi o brak zainteresowania. Tak po prostu. Nie chodzi też o to, że nie mam o czym pisać. Wręcz przeciwnie. Udało mi się obejrzeć O północy w Paryżu. Najnowszy film Allena zrobił na mnie niezwykłe wrażenie. Powrót do nostalgicznego tonu rodem z Purpurowej róży z Kairu (1985). Chciałem o tym napisać, ale może innym razem. Chciałem też napisać o tym, w jaki sposób promowane są filmy Allena przez Kino Świat. To też innym razem, chyba że wcześniej przejmie temat Krzysztof, który sam się zainteresował. Mam też całkiem zabawny pomysł na kąśliwe skomentowanie obecnej kampanii wyborczej. Niech będzie, ja się śmiałem, gdy myślałem, że to napiszę. Ale to też innym razem. Szlag mnie trafia, jak pomyślę, że za miesiąc będzie trzeba wrócić do Łodzi. Chociaż z drugiej strony… Kto mi każe? Kulturoznawstwo ze specjalizacją filmoznawczą i medioznawczą. Wielkie mi rzeczy, skoro Zuckerberg nadal zarabia miliony, a na drugiej półkuli dzieci nadal głodują. Głowa mi pęka. Ulotkami będę się wymieniał, bo co mi szkodzi? Maile nadal pisać można.

Chciałem zostawić czytających dzisiejszy wpis z jakimś utworem. Muzycznym, rzecz jasna. Ale co tu zaproponować, skoro przez głowę przebiega mi tylko Andrzej Piaseczny. Czy to jest w ogóle spójne? Zostawiam to jako pytanie retoryczne, bo i tak uniemożliwiłem komentowanie tego wpisu. Boję się, że nie dam rady przeczytać tysięcy postów od licznego grona fanów i fanek, którzy chcą przekazać wyrazy współczucia związane z moim stanem psychiczno-fizycznym. A pisałem już, że mi naczynka popękały? Ciekawa sprawa. Naprawdę. Na czole. Wygląda raczej komicznie, ale życie też jest często tak komiczne, że aż trudno uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę.

Gdyby w międzyczasie zmarł Woody Allen, to zaznaczam, że to najlepszy reżyser na świecie. Nie chcę, żeby ktoś mi potem powiedział, że Allena doceniłem po śmierci!

Aha, w sobotę inauguracja nowego sezonu Dyskusyjnego Klubu Filmowego ODLOT, który działa przy leszczyńskim Centrum Kultury. Na początek Melancholia (2011) Larsa von Triera. Co z tego, skoro ostatecznie i tak powiedzą Ci, że to tylko obsesja. Obsesja. Obsesja…

Written by Rafał Glapiak

01/09/2011 at 19:11

Światowy Dzień Pomocy Humanitarnej

z 2 uwagami

19 sierpnia po raz trzeci obchodzono na świecie Dzień Pomocy Humanitarnej. Najważniejsze informacje na temat tego święta można przeczytać na stronie polskiej Wikipedii.

Wszystkim zapewne wiadomo, co dzieje się w Afryce Wschodniej, głównie w Dadaab w Kenii. Jest to obecnie największy na świecie obóz uchodźców. Ludzie uciekają przede wszystkim przed suszą, która na niektórych sąsiadujących obszarach jest największą klęską żywiołową od wielu lat. Woda i żywność są w zasadzie niedaleko, lecz mało kogo na nie stać. Poza tym dotarcie w rejon klęski jest utrudnione przez lokalne konflikty wojenne.

Kilka dni temu całkiem przypadkiem wszedłem na bloga pani Janiny Ochojskiej, założycielki Polskiej Akcji Humanitarnej. Komunikat był jasny. Ochojska napisała, że gdyby każdy dorosły Polak dał złotówkę, można by uzbierać około 30 milionów złotych. Dziwi mnie, ile jadu pojawia się w komentarzach pod jej wpisem. Nie widzę sensu, żeby rozpatrywać sprawę przez pryzmat polityczny, szukając haków na działalność ONZ. Dzieci umierają. Owszem, w Polsce też są dzieci głodne, ale czy aby głodujące? Z pewnością nie na taką skalę, jak w Afryce. Zawsze można kliknąć w Pajacyka, to przecież nic nie kosztuje.

Każdy może pomóc, każdy może wpłacić symboliczną złotówkę. Istnieje słynny zakład Pascala, który dotyczy wiary w Boga. Może warto analogicznie zastosować go w tej sytuacji? Jeżeli wpłacę złotówkę, a te dzieciaki przeżyją – super…

Wystarczy kliknąć w niezwykle poruszające zdjęcie dwuletniego Adena Salaada, którego autorką jest Rebecca Blackwell, żeby przenieść się do płatności online Polskiej Akcji Humanitarnej.

Written by Rafał Glapiak

20/08/2011 at 23:59

Kulturalna jesień w publicznej

z jednym komentarzem

Śmiało mogę stwierdzić, że TVP Kultura to dziś najlepszy kanał w polskiej telewizji, a już na pewno ostatni (jedyny?), który spełnia zaiste chwalebną misję spółki przy Woronicza 17 w Warszawie.

W tym roku prezesem Telewizji Polskiej został Juliusz Braun, który swoje rządy rozpoczął od niezrozumiałego odwołania Krzysztofa Koehlera, dyrektora TVP Kultura. Koehler z dniem 15 lipca został odesłany na przymusowy urlop, a jego miejsce niemal momentalnie zajęła Katarzyna Janowska, bez żadnego konkursu. Wszystko to bez porozumienia z polskimi twórcami kultury, którzy natychmiast napisali list otwarty do prezesa Brauna w celu wyjaśnienia zaistniałej sytuacji. Pod tekstem podpisali się przede wszystkim Obywatele Kultury, wśród nich m.in. Agnieszka Holland, Agnieszka Odorowicz i Krzysztof Krauze. Argumenty były kulturalne i niezwykle klarowne. Koehler bowiem przejmował stołek dyrektora stacji w momencie, gdy ta była na skraju przepaści, a mimo to zdołał ją stamtąd wydostać. Osiągnął to bez angażowania kanału w polityczną wojnę. Wręcz przeciwnie. Zaczął konsekwentnie realizować wspomnianą misję mediów publicznych. Śmiało można powiedzieć, że zrobił to bez pieniędzy, bo czym jest nieco ponad 11 milionów złotych na budowanie kanału telewizyjnego. Słusznie zauważył Paweł Goźliński w Gazecie Wyborczej, że za wszystkie dokonania Koehler powinien dostać premię, a nie wypowiedzenie.

Prezes Braun uznał, że czas na zmiany. Tych jednak nikomu nie ujawniono, na co także skarżą się sygnatariusze pisma. Braun stwierdził, że TVP Kultura nie dała satysfakcjonujących wyników. Jego zdaniem to powinno wystarczyć, by uciszyć dyskusję wokół sprawy. Katarzyna Janowska przedstawiła prezesowi wizję kanału na najbliższe lata. Braunowi się spodobała, więc Janowska może cieszyć się z nowej fuchy. Jacek Żakowski określa styl zmiany jako partyjno-towarzyską i korytarzowo-gabinetową tradycję podejmowania decyzji w TVP.

Na pytanie o nową koncepcję stacji Janowska odpowiada, że chce sprawić, by stacja znowu zaczęła nadawać programy na żywo, co wraz z jesienną ramówką stanie się faktem. Wszystkie pomysły nowej dyrektor mają przyczynić się do zwiększenia oglądalności do 1% ogółu. Prawdopodobnie jest to możliwe, zwłaszcza, że jesień w TVP Kultura zapowiada się niezwykle ciekawie. Każdego dnia kanał będzie skupiać się na innym temacie. Przedstawia się to następująco:

  • poniedziałek – literatura,
  • wtorek – teatr,
  • środa – muzyka,
  • czwartek – sztuka/cywilizacja,
  • piątek – film.

Zatem wszystko nadawane w danym dniu będzie ściśle współgrało z wymienionymi zagadnieniami, co oznacza, że poniedziałkowy film w głównym paśmie, czyli o godzinie 21:00, będzie dotyczył literatury. Od poniedziałku do piątku będzie można obejrzeć Informacje kulturalne oraz Studio kultura, oba na żywo, które dotyczyć będę najważniejszych i najciekawszych wydarzeń ze świata kultury. Podsumowanie tygodnia w piątki w programie Tygodnik kulturalny. Dzień będzie rozpoczynał się od kontaktu z muzyką klasyczną, a co środę, zamiast filmu, będzie można obejrzeć operę, przede wszystkim Mozarta, specjalnie zakupionego na tę okazję. Codziennie o 19:00 koncerty, a wśród nich m.in. Coldplay, Björk oraz Queen. Dla tych, którzy interesują się sztuką współczesną, przygotowano specjalne pozycje każdego dnia o godzinie 17:15. W najbliższym czasie można się spodziewać dokumentu o francuskiej Nowej Fali (tutaj).

Chociaż nie znalazłem informacji na temat klasycznych filmów, które do tej pory pojawiały się w TVP Kultura, to na pewno będzie można obejrzeć wiele ciekawych tytułów, m.in. Volver czy Obsługiwałem angielskiego króla. Każdy tydzień miesiąca – uwaga! – kończyć się będzie retrospektywą jakiegoś reżysera; na wrzesień zapowiedziano przegląd filmów Otara Iosselianiego. Poza tym filmy artystyczne, sztuki audiowizualne oraz muzyka alternatywna.

Przychodzi żałować, że jesieną zawsze zaczyna się szkoła, a w Łodzi nie mam telewizora.

Zima w telewizji nadeszła*

z jednym komentarzem

Obejrzałem Grę o tron – serial HBO, który w kwietniu tego roku zadebiutował w polskiej telewizji i momentalnie skradł serca tysiącom widzów. Większość z nich najprawdopodobniej przeczytała pierwszy tom sagi Pieśń Lodu i Ognia George’a R. R. Martina, na podstawie którego serial powstał. Osobiście książki nie ruszyłem i być może jest to główny powód, który sprawia, że dziwi mnie pierwsze miejsce Gry o tron w rankingu seriali na Filmwebie (tutaj).

Nie należę do zwolenników fantasy. Nigdy nie przeczytałem sztandarowego dzieła, jakim dla tego gatunku jest niewątpliwie Władca Pierścieni. Obejrzałem jedynie adaptację Petera Jacksona i całość mógłbym uznać za bardzo dobrą, gdyby nie bezsensowna historia hobbitów zmierzających z pierścieniem do Góry Przeznaczenia po to, by go tam zniszczyć. Tak się jednak składa, że wspomniany wątek stanowi trzon całej sagi.

Serialowa Gra o tron nie jest jednak standardowym przykładem fantasy. Owszem, pojawiają się tu nadprzyrodzone motywy, ale nie w tak dużym stopniu, jak to miało miejsce u Tolkiena. Całość toczy się w alternatywnym (równoległym?) świecie, najpewniej w czasach średniowiecznych, o czym świadczy zarówno warstwa mise-en-scène, jak i historyczny akcent, którym posługują się bohaterowie serialu. Istotą produkcji HBO nie są smoki czy inne magiczne stworzenia, choć i one przewijają się przez ekran. Film skupia się przede wszystkim na tytułowej grze o tron i wszelkich działaniach politycznych, które nierozerwalnie się z nią wiążą. Mogłoby się zatem wydawać, że twórcy poszli ze mną na niepisany kompromis: nie lubię klasycznej fantastyki, ale interesuję się polityką, w związku z czym dostaję serial, który zminimalizuje nadprzyrodzoną rzeczywistość, a na pierwszy plan wysunie motyw walki o władzę. I tak też jest, ale czy ktoś powiedział, że ja to muszę polubić?

Akcja serialu jest bardzo powolna, przesiąknięta nudą i często banalnymi dialogami, które z wielkim zaangażowaniem wygłaszają bohaterowie. Można chyba śmiało powiedzieć, że oni właściwie cały czas gadają i gadają. Bez przerwy. Spiskują i działają na niekorzyść innych, którzy wcześniej byli przyjaciółmi, teraz jednak nie są, bo – wiadomo – priorytety się zmieniają. Dla jednych liczy się przyszłość królestwa, dla drugich – honor i rodzina, choć zdecydowana większość skupia się przede wszystkim na sobie i swoich egoistycznych popędach. Poza tym nic się nie dzieje: w obrębie pojedynczego ujęcia, sekwencji, a co dopiero mówić o całości. Oskarżany o schamtyczność Dr House, który uraczył już telewizję siedmioma sezonami, wywołuje więcej emocji i podniecenia niż Gra o tron, której największym atutem jest zwykle ostatnia minuta, w której rewelacyjnie rozegrany punkt kulminacyjny zmusza do sięgnięcia po kolejny odcinek. Wszystkie one jednak i tak wypadają blado w porównaniu z ostatnim ujęciem dziewiątego epizodu, który zrywa z klasycznym schematem fabularnym i pokazuje niespodziewaną śmierć głównego bohatera.

Trudno kogokolwiek darzyć sympatią. Bohaterowie z reguły są nijacy: nudni i przewidywalni. Czarne charaktery, które w rzeczywistości połyskują swoimi idealnymi blond fryzurami, także pozostawiają wiele do życzenia. Wśród postaci, które mogą zapaść w pamięć, znajdują się buńczuczna Arya Stark, córka głównego bohatera, oraz Tyrion Lannister, niemal uzależniony od alkoholu i seksu karzeł, który jako jedyny czaruje błyskotliwymi kwestiami.

Jednym z głównych zarzutów kierowanych w stronę filmu Sen Kasandry (reż. Woody Allen, 2007) był aż nadto piękny i poprawny brytyjski akcent, którym posługują się aktorzy. O ile w przypadku obrazu Allena, byłem zachwycony, o tyle w Grze o tron sposób, w jaki mówią bohaterowie, jest chyba najsłabszym punktem serialu. Większość dialogów, wzbogacanych dodatkowo niepotrzebnymi pauzami, brzmi wyjątkowo sztucznie, przez co można odnieść wrażenie obcowania z teatrem telewizji, tylko w znacznie bogatszych dekoracjach. Bez dodatkowych umiejętności można rozpoznać, że całość kręcono w brytyjskich lasach, najpewniej irlandzkich, a większość obsady stanowią rdzenni mieszkańcy Wysp (niczym w Harrym Potterze), którzy wyjątkowo solidnie przyłożyli się do wypowiadanych kwestii, co przełożyło się na nudę i patetyczny ton.

Nie potrafię dziś przewidzieć, czy sięgnę po drugi sezon, skoro w pierwszym nic się nie wydarzyło, poza kilkoma niezbyt udanymi scenami erotycznymi. Jedyne, co mnie przyciąga, to naprawdę rewelacyjna realizacja, rodem z HBO. Polecam serial w jakości High Definition, w której zresztą HBO nadaje.

Znacznie obszerniej i poważniej, a przede wszystkim inaczej ode mnie, serial potraktował pan Adam Wieczorek, w związku z czym odsyłam do jego bloga i recenzji poszczególnych odcinków: 1, 2, 4, 5, 6, 7 i 9.

* Dewizą jednego z rodów zamieszkujących świat, w którym toczy się akcja Gry o tron, jest zdanie ″Zima nadchodzi″(ang. ″Winter is coming″).

Written by Rafał Glapiak

13/08/2011 at 13:53

Ulotki filmowe (na siódme urodziny)

z 5 uwagami

Gdy w sierpniu 2004 roku wraz z Krzysztofem Kisałą zaczeliśmy zbierać ulotki filmowe, nie przypuszczałem, że wkrótce potem stanie się ono tak popularnym hobby, nie tylko wśród miłośników kina. Przez kilka lat udało mi się zgromadzić bardzo pokaźną kolekcję, którą bezczelnie porzuciłem mniej więcej na początku 2008 roku, gdy byłem już uczniem najbardziej prestiżowego liceum w Lesznie. Uznałem wówczas, że jestem za stary na zbieranie ulotek z kina, choć wcale nie skończyłem jeszcze osiemnastu lat. Całość zaczynała mnie nudzić, zwłaszcza że coraz mniej było osób, które mogłyby mieć egzemplarze, których ja sam nie miałem.

W tym miesiącu mija siedem lat od czasu, gdy zaczynałem, oraz ponad trzy lata od zawieszenia działalności. W ciągu tych siedmiu lat wymieniałem się ulotkami z wieloma osobami. Niektórzy przysyłali więcej, inni więcej dostawali. Tym, którzy szczególnie zasługują na moje uznanie, podziękuję pod koniec wpisu. Odnoszę wrażenie, być może mylne, że stworzyłem pierwszą w Polsce stronę poświęconą temu hobby (wersja 1.0), która przez większość swojego marnego życia witała odwiedzających napisem, że jest wersją testową, a wymiana ulotkami została wstrzymana. Do odwołania. Wydałem sporo pieniędzy, bo – jak się okazało – kolekcjonowanie ulotek jest drogim hobby, jak na kieszeń ucznia, który nie ma stałego źródła utrzymania. Postanowiłem sobie bowiem, że każdy egzemplarz będę umieszczać w osobnej koszulce A6. Nie mogłem przypuszczać, że, ze względu na swoją ograniczoną dostępność i niestandardowe rozmiary, jest to chyba najdroższy format koszulek, za który płaciłem od 10 do 15 groszy za sztukę. Proszę policzyć, ile kosztuje włożenie tysiąca ulotek w takie obwoluty. Do tego wszystkiego kilkanaście segregatorów, bo przecież luźno leżeć nie mogą, choć ostatnimi czasy tak właśnie zalegały gdzieś w kartonach.

Gdy już myślałem, że do zbierania ulotek nie wrócę nigdy, pojawiło się sporo głosów, które zachęcały mnie do wymiany lub chociaż aktualizacji spisu. Na przełomie kilku minionych tygodni otrzymałem zaskakująco dużo maili z pytaniami, co z moją działalnością, co ze stroną nieaktualizowaną od 2008 roku. Mam wrażenie, że piszą osoby, które już dawno mają ulotek więcej ode mnie, dlatego teraz chcą mnie pogrążyć. Jestem już przecież weteranem, niedawno skończyłem dwadzieścia jeden lat. Jakaś część mojej wybujałej świadomości stale powtarza, bym dał sobie z tym spokój, bo to dla dzieci jest. Ostatecznie jednak uznałem, że siedem lat należy w jakiś sposób uczcić, w związku z czym stworzyłem nowy spis, który – moim zdaniem – jest bardziej profesjonalny od wszystkich poprzednich, które mieściły się arkuszach kalkulacyjnych. Postanowiłem opatrzyć go o dodatkowe uwagi, o czym szczegółowo można przeczytać na podstronie dotyczącej poruszanego tematu. Tam także znajduje się coś na wzór regulaminu ewentualnej wymiany. W najbliższym czasie postaram się zrobić coś ze stroną internetową, lecz do tego czasu oficjalnym źródłem jakiegokolwiek kontaktu w sprawie ulotek jest ten oto blog.

Wszystko to nie oznacza, że od dzisiaj będę chodzić po wszystkich multipleksach i zabierać do domu stosy ulotek, które później i tak zalegają kurzem. Z dniem dzisiejszym reaktywuję raczej swoje pedantyczne fobie i daję możliwość wymiany wszystkim tym, którzy pewnych egzemplarzy nie mają. Gdy pomyślę sobie, że przez ponad trzy lata nie zbierałem ulotek, wydaje mi się, że mam ich całkiem sporo. Gdy spojrzę na spisy znajomych, popadam w depresję. Czas pokaże, czy warto było wchodzić ponownie do tej samej rzeki.

Tymczasem zwracam się z podziękowaniami do wszystkich osób, które kiedykolwiek dostarczyły mi jakąkolwiek ulotkę. Z przykrością jednak informuję, że nie pamiętam każdego, dlatego przepraszam nieumyślnie pominiętych. Szczególne podziękowania należą się przede wszystkim Wojciechowi Mosiejczukowi z Warszawy, który był pierwszą osobą, z którą dokonałem transakcji (wielkie słowo!). Co ciekawe, jest to jedyny przypadek, kiedy doskonale pamiętam przebieg całego wydarzenia, które dziś śmiało traktuję jako anegdotę godzącą bezpośrednio w mój intelekt. Dziękuję byłemu dyrektorowi kina Panorama w Lesznie, za dostęp do bardzo bogatego archiwum, w którym znalazło się wiele znacznie starszych i rzadziej spotykanych egzemplarzy. Analogicznie dziękuję pani Marioli Szulc z CKiS w Lesznie, za dostęp do archiwum miejscowego DKFu, w którym znalazłem sporo ulotek filmów przeznaczonych wyłącznie do kin studyjnych. Dziękuję panu, który nigdy nie zdradził swojego nazwiska, a pracował w poznańskim Kinepolis i każdego tygodnia przez niemal rok wysyłał mi najnowsze pozycje. Przy okazji muszę dodać, że w Lesznie właściwie nigdy nie miałem dostępu do klasycznego obiegu ulotek, który dotyczy głównie multipleksów w dużych miastach. Dziękuję Paulinie Myszce z Katowic, za masywne paczki oraz za motywowanie mnie do pracy. Kindze Surdel za wielokrotne przesyłki prosto z Piły oraz za coroczne smsy z życzeniami urodzinowymi, choć ja nie byłem nawet w stanie zapamiętać, kiedy ona sama je obchodzi. Poza tym dziękuję osobom, których koperty z ich nazwiskami znalazły się u mnie w kartonie: Justynie Kozioł z Jaworzna, Magdalenie Piękoś z Rzeszowa, Amadeuszowi Rutkowskiemu ze Skwierzyny, Robertowi Siwkowi z Piły, Marice Martelus ze Szczecina, Kai Łuczyńskiej z Krakowa, Paulinie Biczkowskiej ze Straszyna, Natalii Bieżańskiej z Czerwieńska, Joannie Wonitowej z Lipusza, Rafałowi Rosińskiemu z Głowna, Tomaszowi Moczarskiemu z Gliwic oraz użytkownikowi o nicku KUNIQ na Filmwebie. Wyżej wymienionych proszę o ewentualny kontakt w komentarzach, bo większość pewnie zdążyła zmienić swoje ksywy i awatary na Filmwebie.

Written by Rafał Glapiak

09/08/2011 at 10:49

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.